6 stycznia 2014

Kosmetycznie: Peelingowanie ust z Lush'em...a może jednak bez?;)






Puk, puk! Jest tu jeszcze ktoś? Czas zdmuchnąć kurz z lejdidredowego i przywitać Was w Nowym Roku. Oby był on dla nas lepszy niż ten, który właśnie minął! Witam się z Wami nietypowo, bo zamiast ciuszków dzisiaj przedstawię mazidło. Czas w końcu wdrożyć w życie plan przebranżowienia;) Jeśli tak, jak ja kochacie kosmetyki zapraszam Was do dalszej lektury.

Razem z moim uśmiechniętym i rumianym pomocnikiem przedstawiamy produkt, który w pewnych sferach internetowych uważany jest za istny 'must have' szczególnie sezonu zimowego. Nie dość, że sam specyfik budzi zainteresowanie, to jeszcze firma działa na wszelkie vlogerko- blogerki jak miód na misia (mniam, mniam, jest równie słodko). Na mnie też podziałał ten czar, więc kiedy na swej sztokholmskiej drodze spotkałam Lush'a wyglądałam mniej więcej tak(klik). Początkowo krążyłam, niczym zwiadowca, wąchając i macając wszystko, co wpadło mi w ręce. Długo nie mogłam się na nic zdecydować, bo przyznać się muszę, że nie przepadam za kosmetykami ekologicznymi. Wiem, strzał w piętę, towarzyskie faux pas, no ale nic nie poradzę na to, że formuły, zapachy, a przede wszystkim ceny nie bardzo mi odpowiadają. Jednak, jako osoba totalnie uzależniona od nowinek kosmetycznych, musiałam spróbować. Zniechęciłam się po zakupie odżywki do włosów w kostce, która nie nadawała się nawet do mycia pędzli. Nie mogłam zostać obojętna na wołania Internetu, że peeling do ust z Lush'a to istne objawienie i kto raz spróbuje, tego życie odmieni się na zawsze. Jestem w tym momencie łasa na wszelkie życiowe zmiany, więc peelingiem nie pogardzę, oj nie.

Ufff, ufff... Ania i jej długie wstępy, przepraszam;) Niechaj zmieni się ton, niechaj stanę się Waszą Doradczynią ds. Kosmetycznych!

Wiadomo, że Zima to ciężki czas nie tylko dla ducha (u mnie coroczna deprecha, haha!), ale w głównej mierze dla ciała. Chociaż często zapominamy o niektórych partiach ciała, które pozostają w ukryciu, to o inne powinniśmy dbać ze wzmożoną siłą. Mowa tu między innymi o ustach, które choć niesamowicie delikatne, nie mają z nami łatwo. Ciągle wystawione są na działanie warunków atmosferycznych i źle traktowane nie wyglądają atrakcyjnie. Wystarczy jednak kilka prostych kroków i systematyczność, aby ulżyć tym naszym biednym wargom i cieszyć się zadbanymi ustami. Pierwszy z nich to złuszczanie. Możliwe, że nie dla wszystkich jest to oczywiste (dla mnie np. nie było i w ogóle o tym nie myślałam), ale tak na prawdę to bardzo ważny czynnik. Pozbywamy się starego naskórka, poprawiamy ukrwienie naszych ust i przygotowujemy je na dalsze zabiegi. Działa to tak samo, jak peeling reszty ciała- składniki są lepiej przyswajane. Ot, cała filozofia: peeling, nocne odżywianie ust bogatym w składniki balsamem i codzienna ochrona. Warto mieć zawsze coś na ustach, jeśli nie decydujecie się na kosmetyk kolorowy, to trzeba pamiętać o pomadce ochronnej.

Scrub do ust nie jest kosmetykiem bardzo popularnym i najpotrzebniejszym, ponieważ łatwo sobie poradzić domowymi sposobami i chyba większość właśnie tak to robi. Ja zresztą oprócz Lush'a nie znam innej firmy, która produkuje tego typu specyfik. Bardzo łatwo możemy wykonać peeling przy pomocy szczoteczki do zębów, lub po prostu nakładając na palec trochę miodu, lub jogurtu i odbić go w cukrze, a następnie masować usta. O ileż jednak przyjemniejsza staje się ta czynność, kiedy możemy wydłubać z ładnego słoiczka maź, która przepięknie pachnie (w tym przypadku to zapach lizaków o smaku Coli), a i nadaje się do zlizania (100% składników jest naturalnych, więc można śmiało jeść).

Jestem pod wrażeniem tego małego słoiczka i jego zawartości i cieszy mnie fakt, że w końcu mogę używać swoich szminek bez obaw o suche skórki, które nie wyglądają zbyt estetycznie. Kryzys Lush'owy uznaję za zażegnany!

Jeśli macie dostęp do sklepów Lush, koniecznie tam zajrzyjcie! Trwa teraz poświąteczna wyprzedaż i wszystkie produkty z edycji limitowanej możecie kupić 50% taniej, co się niesamowicie opłaca.

Nie opisuję dokładnie tego peelingu, bo właściwie co jeszcze mogłabym dodać? Nie chodzi o produkt, a o sam fakt używania skrobaka, spróbujcie, a zobaczycie efekty. Scrub Lush'a to miły gadżet, który można posiadać, ale nie za wszelką cenę. Dla mnie jest świetny, bo sprawia, że w końcu pamiętam o peelingu i przyjemnie się go używa, ale też nie będę płakać, kiedy zabraknie go w moim życiu, ponieważ łatwo sobie można bez niego poradzić;)


 Peeling Santa na wierzchu ma maleńkie serduszka, które są tak urocze, że aż szkoda mi było zacząć go używać. Uwielbiam takie szczegóły!
 Na każdym produkcie firmy znajduje się naklejka z informacją, kto i kiedy wykonał dany kosmetyk. Jak mi było miło, kiedy na spodzie mojego słoiczka ujrzałam swojsko brzmiące imię:)

Koniec wywodu, możecie spakować tornistry i wyjść! Do zobaczenia=)

3 komentarze:

  1. jak Cie dawno nie było! wygląda bardzo smacznie, jak znajdę to się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. wygląda świetnie ten peeling! :)

    OdpowiedzUsuń

to NIE jest miejsce na Twoją reklamę! Komentarze z linkami do aukcji itp. będą usuwane.

Za wszystkie inne komentarze serdecznie dziękuję=)